Malowanie henną

Jak zapowiadałam dzisiaj opowiem wam trochę o moim pierwszym spotkaniu z henną, które miało miejsce w czwartek. Zacznę nietypowo, bo od efektów:
 
 
Na zdjęciach przed malowaniem sporym minusem jest to, że były robione wieczorem. Widać na nich zmyty i wypłowiały szampon koloryzujący Casting z firmy Loreal  kolor: ciemna czekolada. Włosy były myte 2 razy szamponem oczyszczającym z SLS, aby całkowicie oczyścić je przed malowaniem, tak jak zalecał producent farby. W zasadzie zdjęcia mówią wszystko. Efekt jest moim zdaniem niesamowity. Włosy są błyszczące, mają śliczny kolor i wyglądają na zdrowsze. Poza tym są mega gładkie, sypkie i miękkie w dotyku. Mam ogromną nadzieję, że będą takie po każdym myciu. Jednak zanim ogarnął mnie zachwyt nad efektami, musiałam je pomalować... I to jest niestety dużo mniej przyjemne.
 
                                                                    Malowanie                                                                     
 
W opakowaniu, które zamówiłam w sklepie internetowym helfy <klik> był:
 
  • czepek,
  • rękawiczki,
  • instrukcja po polsku do wszystkich rodzajów henn, które oferują 
  • książeczka obcojęzyczna.
 
Sama przygotowałam jeszcze:
  •  
  • miseczkę, w której rozrobiłam hennę,
  • kuchenną łyżkę do mieszania
  • ręcznik, którego nie żal mi było pobrudzić.
 
Przygotowania rozpoczęłam w kuchni od otwarcia opakowania z proszkiem. Pierwsze, co mi się bardzo nie spodobało, to zapach. Henna po prostu strasznie śmierdzi, naprawdę nie da się tego inaczej nazwać. Próbując nie zwracać na to uwagi, podgrzałam wodę do ok. 50'(kierowałam się intuicją;) i zalewałam stopniowo cały czas mieszając do uzyskania nie za gęstej, nie za rzadkiej papki. Niestety w zetknięciu z gorącą wodą zapach henny tylko się wzmocnił i było ją czuć w całym mieszkaniu.
 
Po lekkim ostygnięciu (tak żeby była ciepła, nie gorąca) do nałożenie jej na głowę poprosiłam mojego chłopaka. Tutaj muszę mu serdecznie podziękować, bo spisał się na medal <3 Hennowej papki było dużo, więc starczyła spokojnie na pokrycie moich włosów. Nie używaliśmy do tego żadnych narzędzi, tylko własne ręce. Niespodzianką było to, że henna zastygała na głowie i tworzyła twardy hełm, co nie pomagało w malowaniu, ale jakoś się udało.
 
Nałożyłam czepek, owinęłam go ręcznikiem i tak siedziałam 3h, ponieważ zależało mi na ciemnym kolorze, który jednak wyszedł i tak jaśniejszy niż oczekiwałam. Zmywanie henny również nie należało do najprzyjemniejszych. Przede wszystkim trwało bardzo długo zanim woda stała się zupełnie czysta, a do tego włosy były sztywne, tępe w dotyku i strasznie się plątały. Zapomniałabym o najważniejszym, niestety przejęły zapach henny i utrzymywał się on aż do umycia ich, czyli do sobotniego wieczora. Kiedy włosy wyschły, widać było, że są ciemniejsze i nawet lekko się błyszczały, ale bardzo trudno było je rozczesać, bo bardzo się plątały. Dwa dni przesiedziałam w koczku, żeby nie mieć problemów. 
 
Nadszedł upragniony sobotni wieczór. Pielęgnacja, którą zastosowałam jest widoczna na zdjęciu poniżej.

 
1. Olejowanie suchym olejkiem Nuxe <klik>  (ok.1h)
2. Maseczka L'biotica Biovax do włosów ciemnych, żeby związała olej (ok. 0,5h)
3. Umycie włosów szamponem Babydream
4. Odżywka Garnier Ultra doux z olejkiem z awokado i masłem karite
5. Końcówki zabezpieczyłam serum L'biotica Biovax A+E
 
                                                                     Podsumowanie                                                              
 
Mimo całej nieprzyjemności związanej z zapachem, nakładaniem i zmywaniem henny, zdecydowanie kupię ją jeszcze nie raz. To jak wyglądają teraz moje włosy, było tego wszystkiego naprawdę warte.
 
A co wy sądzicie o efektach, które uzyskałam? Czy wysiłek, który trzeba w to włożyć jest wart efektów? A może same malujecie włosy henną lub zamierzacie je pomalować?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz