Kulturalny wtorek(2)

 
 
W tym tygodniu chciałabym was zaprosić do kina. O tym filmie jest/było bardzo głośno i pewnie nie ma nikogo, kto by o nim nie słyszał. Jak wiadomo szum wokół filmu to nie wszystko. Widziałam wiele takich głośnych, nawet oskarowych produkcji, które nie były warte wydania 20zł na bilet. Ten film jednak zrobił na mnie wrażenie i uważam, że jest to naprawdę dobre polskie kino. O jakim filmie mowa? Oczywiście o "Jacku Strongu".

Źródło: filmweb.pl

Opis filmu:
"Jack Strong" to film sensacyjny, opowiadający jedną z najbardziej fascynujących historii szpiegowskich świata. To prawdziwa historia pułkownika Ryszarda Kuklińskiego - człowieka, który, tkwiąc w środku systemu, podejmuje współpracę z CIA i staje się kluczowym (choć niewidocznym) aktorem czasu zimnej wojny.

Więcej informacji na filmweb.pl

Powiem szczerze, że dawno nie wyszłam z kina tak obolała. Moje mięśnie były przez cały seans napięte. Tym bardziej przeżywałam wszystko, bo nie znałam wcześniej historii płk Ryszarda Kuklińskiego i nie wiedziałam jak film się skończy. Muszę jednak pocieszyć tych, którzy znają zakończenie tej historii, moja mama również przez cały film przeżywała każdy moment. Film trzyma niesamowicie w napięciu, a Marcin Dorociński i Maja Ostaszewska popisali się fantastyczną grą aktorską.

W filmie nie można odczuć czy reżyser popiera to, co zrobił Kukliński czy nie. Tę ocenę pozostawia nam. W moich oczach pułkownik wykazał się niesamowitą odwagą, ale i desperacją. Moja wiedza na temat tamtych czasów w zasadzie jest zerowa(niestety w żadnej szkole nie było mi dane skończyć podręcznika i dotrzeć do czasów po II wojnie światowej), ale sposób postępowania Rosjan z Polakami znam z opowiadań babci i może dlatego moja ocena tego, co zrobił Kukliński jest pozytywna. Uważam, że każde działanie, które pomogło naszym rodakom wywalczyć niepodległość, było aktem, który trzeba docenić.

Bardzo zachęcam, żebyście wybrali się do kina, bo naprawdę warto. Jest to dobry, trzymający mocno w napięciu filmu, który przy okazji pokazuje kawałek naszej historii.

A może już widzieliście ten film? Jak wasze wrażenia i jak oceniacie, to co zrobił płk Kukliński?

Niedziela dla włosów(2)

 
Tydzień zleciał bardzo szybko i przyszła pora na kolejny wpis z cyklu "Niedziela dla włosów". Przez cały tydzień nie miałam chwili, żeby się zastanowić, co chciałabym dzisiaj zafundować moim włosom. Jednak wczoraj czytając włosową historię Julii Kamińskiej u Anwen w mojej pamięci zachował się cudowny obrazek Roszpunki z jej idealnie błyszczącymi włosami. Decyzja była szybka, muszę zrobić coś, żeby moje włosy dzisiaj pięknie błyszczały i odbijały te cudowne promienie zapowiadającego wiosnę słoneczka.

Umyłam włosy szamponem dla dzieci Ziajka i nałożyłam odżywkę Nivea Long Repair na długość. Spłukałam włosy i aby uzyskać mój zaplanowany efekt, przed ostatnim płukaniem użyłam płukanki octowej z malin Yves Rocher o pięknym malinowym zapachu i malinowym kolorze. Prawdziwa uczta dla zmysłów. Do tego ostatniego płukania użyłam też chłodno-zimnej wody, aby mieć pewność, że łuski się domkną zarówno od kwaśnego pH płukanki i zimnej wody. Pozwoliłam im samym wyschnąć.

Efekt jest naprawdę świetny, włosy pięknie błyszczą i są gładkie. Może nie są tak idealne, jak Roszpunki, ale mogę wam z czystym sumieniem polecić tę płukankę ze względu na walory zapachowe i efekt, który dzięki niej uzyskujemy. Do tego dochodzi bardzo estetyczne opakowanie. Jedynie cena jest dość wysoka 23,90zł i jest to produkt z zielonym punktem, więc nie obejmują jej zniżki dla stałych klientek. Czasami jednak dobrze jest się trochę porozpieszczać!





Mały czarny łobuz też koniecznie chciał powąchać :-)


Hit ze styczniowego Glossybox

Pięć miesięcy temu zdecydowałam się na subskrypcję Glossybox(w przyszłym miesiącu dołączę do grona klientek vip^^). Zabierałam się do tego długo, ponieważ wiadomo, że 49zł nie wisi sobie na drzewie, a nikt nie gwarantuje mi, że kosmetyki, które do mnie trafią będą mi odpowiadały. Pierwsze pudełeczko postanowiłam kupić z kuponem zniżkowym znalezionym w gazecie z myślą, że po tym jednym zrezygnuję. "Niestety" już pierwsze powoduje uzależnienie;-) Ten dreszczyk emocji przy otwieraniu pudełeczka działa jak pyszny czekoladowy deser - wydziela się mnóstwo endorfin. Do tej pory najsłabszym pudełeczkiem jak dla mnie, było pudełeczko styczniowe, ale to właśnie o produkcie z tego pudełeczka chciałabym wam dzisiaj opowiedzieć.



Jeśli widzicie tę gąbeczkę po raz pierwszy podejrzewam, że jesteście tak samo sceptycznie nastawieni jak byłam ja.

Opis był krótki: Karmameju Konjac Sponge złuszcza i głęboko oczyszcza skórę twarzy, jednocześnie regenerując ją oraz stymulując przepływ krwi.

No cóż, skoro ją jednak dostałam, to trzeba było wypróbować to małe, twarde nie wiadomo w zasadzie co.

Zastosowanie produktu
Przed użyciem należy namoczyć gąbkę w wodzie, aż do momentu gdy stanie się miękka. Zaleca się usunięcie makijażu, a następnie wykonanie masażu gąbką okrężnymi ruchami. Po każdym użyciu należy wycisnąć nadmiar wody i powiesić ją w suchym miejscu. Nie należy przechowywać gąbki wewnątrz kabiny prysznicowej. Nieużywana przez dłuższy czas gąbka twardnieje, co jest zjawiskiem naturalnym.

Napełniłam miseczkę wodą i moczyłam gąbeczkę przez 5 minut. To, co wyjęłam z wody już bardziej przypominało gąbkę. Było miękkie, chociaż nadal dziwne. Ciężko mi nawet opisać jaka jest w dotyku, ale całkiem miła i miękka. Nałożyłam na nią trochę żelu do mycia twarzy, bo gdzieś znalazłam, że tak można.


Z opisów wynikało, że żel powinien się pienić lepiej niż pieni się sam, ale powiem szczerze, że pienił się gorzej. Mimo tego małego nieporozumienia, efekt był niesamowity. Twarz po umyciu gąbeczką była gładka i delikatna w dotyku jak po najlepszym peelingu.

Staram się jej używać regularnie co 3 dni, chociaż można to robić chyba codziennie, jednak wolę dać jej zawsze wyschnąć, a efekt utrzymuje się spokojnie przez te 3 dni. Po miesiącu stosowania zauważyłam, że twarz mi się uspokoiła, od dwóch tygodni nie miałam na niej żadnych niespodzianek. Zastanawiam się, czy nie ma na to wpływu inneov, który biorę już prawie 6 tygodni. Jednak myślę, że to głównie jej zasługa.

Do styczniowego Glossyboxa był dołączony kod promocyjny do sklepu Yasumi właśnie na Konjac sponge: przy zakupie 4 gąbeczek dostałam 19 zł upustu i przesyłkę gratis. To w jakiej oprawie przyszło moje zamówienie zrobiło na mnie ogromne wrażenie.




Każda z 4 gąbeczek, które zamówiłam kosztowała 19zł. W ofercie są jeszcze większe po 29 zł.
Postanowiłam wypróbować cztery różne rodzaje.

1. Collagen Konjac Sponge - zalecana szczególnie dla skóry suchej i z pierwszymi oznakami starzenia się (tę zamówiłam dla mamy).
2. Bamboo Charcoal Konjac Sponge - zalecana szczególnie dla skóry tłustej, mieszanej i ze skłonnością do powstawania zmian trądzikowych (podobno ma zredukować ilość zaskórników).
3. Pure Konjac Sponge - może być stosowana przy każdym rodzaju skóry, w tym przy skórach hipoalergicznych i bardzo wrażliwych, skłonnych do podrażnień. Zalecana również do mycia noworodków i dzieci (co prawda nie mam dzieci, ale jest to jakby odpowiednik tej, którą otrzymałam z Karmameju)
4. Yam Konjac Sponge - zalecana szczególnie dla cery delikatnej i z przebarwieniami.

Mam nadzieję, że zachęciłam was do wypróbowania tych gąbeczek, bo ja jestem nimi zauroczona i z pewnością wejdą do mojej pielęgnacji na stałe. W zasadzie nie wiem, kiedy teraz używać peelingów, które stoją w szafce, bo moja skóra w ogóle ich nie potrzebuje ;-)

Zamierzacie spróbować przygody z Konjac  Sponge? A może spotkałyście się wcześniej z tymi gąbeczkami? Jak się u was sprawdzają?

Kulturalny wtorek


Witam was serdecznie w nowym cyklu pod tytułem kulturalny wtorek. Chciałabym się z wami dzielić tutaj moimi wrażeniami na temat przeczytanych książek, obejrzanych filmów, przedstawień teatralnych, przesłuchanej muzyki i tak dalej...

Dzisiaj opowiem wam o pewnej książce. Książce, która opowiada o czasie.
 
"Zaklinacz czasu" Mitch Albom



Kupiłam tę książkę z trzech powodów: bardzo polecano ją w telewizji, na stronie wydawnictwa znak było akurat mnóstwo zniżek, ale przede wszystkim ze względu na opis z tyłu książki:

Spróbujcie wyobrazić sobie życie bez odmierzania czasu.
Pewnie nie potraficie. Zawsze wiecie, jaki jest miesiąc, rok, dzień tygodnia.
  A jednak przyroda nigdy nie zwraca uwagi na czas. Ptaki się nie spóźniają. Pies nie patrzy na zegarek. Sarny nie martwią się kolejnymi urodzinami.
Tylko człowiek odmierza czas.
Tylko człowiek odlicza godziny.
I właśnie dlatego jedynie człowiek doświadcza paraliżującego strachu, którego nie zniosłoby żadne inne stworzenie.
Strachu przed tym, że zabraknie mu czasu.

To ostatnie stwierdzenie jest tak bardzo prawdziwe, że za każdym razem dostaję gęsiej skórki.

Sposób przedstawienia historii przypomina mi trochę "Opowieść wigilijną". Książkę czyta się bardzo szybko i przyjemnie, ale nie łatwo o niej zapomnieć. Nie wstrząsnęła mną do głębi, tak jak zapewniali w telewizji, ale może to dlatego, że się z nią zgadzam w stu procentach i nie musiała zmienić mojego sposobu patrzenia na życie. Uważam, że autor pięknie pokazuje naszą chęć kontroli nad czasem, co niestety nijak się ma do szczęścia.

Naprawdę serdecznie zachęcam do jej przeczytania, bo uważam, że warto i nie będzie to czas stracony ;) 

Niedziela dla włosów

Postanowiłam dzisiaj pierwszy raz wziąć udział w cotygodniowym cyklu u Anwen. Zapraszam na moją dzisiejszą niedzielę dla włosów.

 
Postawiłam na odżywienie moich włosów intensywnie regenerującą maseczką do włosów ciemnych Biovax, z którą bardzo się polubiłam. Włosy ukryłam pod czepkiem i ugrzanym wcześniej na grzejniku ręcznikiem na 30 minut. Następnie umyłam je szamponem z Vichy. Po myciu na długość nałożyłam jeszcze odżywkę Garniera z awokado. Po wyschnięciu końce zabezpieczyłam serum wzmacniającym A+E Biovax. A tak prezentowały się moje włosy bez flesza i z fleszem (nie mogę się nadziwić, jak ogromna jest różnica):
 


Mam nadzieję, że zmobilizuję się i co tydzień będę robiła taki dzień dla moich włosów.

Pogotowie walentynkowe

Walentynki już jutro, a wy nie macie jeszcze prezentu ani nawet pomysłu na prezent? Nic straconego, zapraszam do lektury dzisiejszego postu.

Nie rozumiem ludzi, którzy nie obchodzą walentynek, bo to kolejne sztuczne święto, głupi wymysł nudzących się Amerykanów. Tak naprawdę każda okazja jest dobra, aby okazać sobie trochę uczucia. Codzienność, rutyna często sprawia, że o tym zapominamy. Najważniejsza przy takim święcie nie jest wielkość, cena ani nawet super jakość prezentu, ale po prostu pamięć. Czasami nie jest nawet potrzebny namacalny prezent. Jak więc sprawić by mimo niewielkiej ilości czasu nasz ukochany/ukochana poczuł/poczuła się wyjątkowo?

1. Kartka walentynkowa

Kartek w sklepach są setki, możemy znaleźć naprawdę śliczne okazy. Ja jestem jednak zwolennikiem robótek ręcznych i polecam wykonanie takiej kartki samodzielnie. To nie musi być strasznie skomplikowane, a nawet jeśli wyjdzie nam odrobinę koślawa, to czy nie jest w tym najważniejsze, że włożyliśmy w to nasze serce. Uwierzcie mi, że wasza druga połówka będzie zachwycona kartką zrobioną specjalnie dla niej. Oto kilka prostszych przykładów znalezionych w internecie.



2. Słodycze.

W sklepach jest mnóstwo oklejonych serduszkami bombonierek. Jeśli jednak nie chcecie, żeby wasz prezent wyglądał na kupiony w ostatniej chwili, kupcie ulubione cukierki waszego ukochanego i zapakujcie je w fantazyjny sposób w domu. Możecie wykorzystać do tego wszystko, co tylko się wam podoba: ozdobny papier, przezroczystą folię, kokardy, powycinane serduszka i inne.

3. Figurki.

Jeśli wasza druga połówka zbiera na przykład słonie, to nie macie z tym problemu. Jednak większości figurki pewnie kojarzą się z niepotrzebną rzeczą, na którą potem się tylko kurzy. Możecie jednak nadać jej większy sens. Wystarczy kupić małego aniołka i nadać mu znaczenie anioła stróża. Dołączyć do niego wymyślony przez was wierszyk lub po prostu dedykację, która spowoduje, że wasz ukochany, ilekroć spojrzy na niego, pomyśli o was.

4. Zdjęcie, rysunek.

Wasze wspólne zdjęcie w ramce to również jest świetny pomysł. Wybierz to najładniejsze i wydrukuj na komputerze albo wytłumacz fotografowi, że to sprawa życia i śmierci ;) Na pewno zrozumie i na dzisiejsze popołudnie lub jutrzejszy ranek będziesz mieć gotowe zdjęcie. Wystarczy kupić ładną ramkę i prezent gotowy. Ładnie rysujesz? Zadedykuj taki rysunek specjalnie dla swojego ukochanego i opraw w antyramę (mój był zachwycony, wasz też będzie!).

5. Randka

Tutaj możliwości są ograniczone jedynie waszą kreatywnością. Może to być piknik na dywanie waszego pokoju, owoce, bita śmietana, czekolada, może ulubiony deser, wino, szampan, owocowy koktajl. Romantyczna kolacja. Kino. Gokarty. Spacer śladami waszych pierwszych razów. Łyżwy. Kawiarnia. Ostatnio szukając inspiracji znalazłam bardzo fajny pomysł, ale raczej dla par, które już mieszkają ze sobą. Robicie sobie zdjęcia, na których macie za każdym razem o jedną rzecz mniej na sobie i rozkładacie w pewnej odległości od siebie pokazując kierunek, w który ma iść wasza druga połówka, a na końcu jesteście wy już bez niczego ;) Byłby to zdecydowanie początek bardzo miłego wieczoru.

Mam nadzieję, że uratowałam kilku spanikowanych zakochanych. Jak widzicie prezenty nie muszą być bardzo skomplikowane. Najważniejsze jest serce, które włożycie w to, aby je przygotować. Jest jeszcze taka zasada, która zawsze się sprawdza. Im mniejszy i skromniejszy prezent tym piękniej powinien być zapakowany.



Życzę wam udanych walentynek, pełnych miłości i dobrej energii<3

Królowa śniegu | Lakiery Golden Rose i Lovely


Śnieg za oknem się topi, pogoda zwiastuje nam przedwiośnie, ale ja postanowiłam zatrzymać jeszcze na chwilę kolorystykę zimową. Pomogły mi w tym dwa lakiery do paznokci:

1. GoldenRose Rich Color nr 41
2. Lovely Snow Dust nr 3

Zapraszam na ich krótką recenzję.

Podsumowanie stycznia.

 Styczeń był zdecydowanie miesiącem pracowitym. Jednak można również powiedzieć, że pełnym sukcesów, bo sesja zaliczona :) Był to też miesiąc, w którym dorobiłam się całkiem pokaźnego stosu nowych rzeczy. Zacznę od kosmetyków:

1. Biovax - Serum wzmacniające A+E
2. Ziajka - żel do mycia ciała i włosów dla dzieci
3. Miss sporty - baza i top coat do paznokci
4. Yves Rocher - Hydra Vegetal krem do twarzy <3
5. Yves Rocher - mini balsam waniliowy do ciała
6. Yves Rocher - płukanka malinowa do włosów

W ubraniach też troszkę mi przybyło. Czerwony sweterek i beżowy golf-motyl odziedziczyłam po mamie. Czarna narzuta ze skórzanymi wstawkami i biały ażurowy sweterek nabyłam w Orsay'u z nowej kolekcji. Czerwone kwiatki to zakupowy łup z H&M i zamierzam ich używać do włosów. Może nawet kiedyś takie próby zademonstruję.

 
Poniżej widać styczniowy Glossybox. Jestem zadowolona z 3/5 produktów. Jednak tylko jeden zamierzam stosować regularnie w przyszłości. Który? O tym już niedługo napiszę.

 
I love books <3 Marzy mi się ogromna biblioteczka z regałami od podłogi do sufitu zapełnionymi mnóstwem książek. Na razie powoli zwiększam moją kolekcję. Skorzystałam ze zniżek, które ostatnio oferowało wydawnictwo Znak i zakupiłam takie perełki. Na pewno podzielę się z wami moimi wrażeniami.

 
A ta płyta poniżej, to odkrycie mojej mamy, a ja mogę jej słuchać w nieskończoność. Bardzo polecam^^ Przybliżę wam ją już niedługo.

 
To był zdecydowanie mój najczęstszy styczniowy makijaż oka. Z tego co widzę do zdjęć powinien być on bardziej wyrazisty.
 
 
Na dzisiaj to już wszystko. Zamierzam troszkę nadrobić czas spędzony na nauce, a potem na leniuchowaniu, a więc zapraszam na intensywny blogowy tydzień.